Gdy wylądował w ogrodzie własnego pałacu, poczuł się, jakby nagle znalazł się
wewnątrz pięknej, lecz banalnej pocztówki. Nie był w domu od bardzo dawna, a i tak na
widok znajomych murów i zakątków nie poczuł teraz żadnej radości.
Domostwo wydawało mu się puste i obce. Kwiaty, ścieżki, krużganki, mozaiki.
Naprawdę kiedyś kazał to wszystko zbudować? Doglądał starannie każdego detalu, baseniku
z fontanną, klombów, tarasów. Czy to możliwe, że kiedykolwiek zajmowały go klomby?
Teraz było mu wszystko jedno, co zakwitnie w ogrodzie, byle nie były to wetknięte na tyki
głowy ściętych skazańców.
Wszedł do środka budynku, kroczył po puchatych jak mech dywanach, mijał obite skórą
kanapy i fotele, eleganckie komody i biurka. Ze ścian spoglądały na niego ulubione obrazy.
Na cholerę mi to wszystko? - myślał zdumiony. Naprawdę kiedyś mi na tym zależało?
Brudny, skrwawiony, osłabiony walką i eksplozją mocy Jasności, czuł się tutaj
wyjątkowo nie na miejscu. Jak obleziony przez muchy ochłap mięsa na wykwintnie
zastawionym stole.
To przecież mój dom. Mój własny dom, nie mógł zrozumieć. Czy aż tak bardzo się
zmieniłem? I kiedy, na litość pańską?
Ale teraz nie to było najważniejsze. Potrzebował odpoczynku. Miękkiego łóżka, czystej
pościeli. I wanny. Przede wszystkim wanny.
- Plesitea! - krzyknął ochrypłym, dobrze znanym całej służbie głosem.
Wystraszona skrzydlata wbiegła do komnaty i krzyknęła, zasłaniając usta dłonią. Jej oczy
zrobiły się okrągłe z niedowierzania i zgrozy.
Pięknie muszę wyglądać, nie ma co, pomyślał cierpko.
- Przygotuj mi kąpiel. I przynieś wina. Nie, raczej piwa. Zimnego. Nie mam ochoty truć
sobie żołądka kwasem z winogron Gabriela. Aha, i jakieś ubranie. A te szmaty wywal. Już się
nie dopiorą.
- Witaj, panie. Tak, panie. Już przynoszę.
Plesitea ukłoniła się i uciekła, jakby zastała w pokoju nie chlebodawcę, lecz Kruka z
Harap Serapel.
Daimon podszedł do okna i zapatrzył się na dachy i kopuły Hajot Hakados, najbardziej
luksusowej dzielnicy Szóstego Nieba. W słońcu południa lśniły złotem, purpurą, szkarłatem i
kobaltem, aż bolały oczy.
Czy ten przepych, zastanowił się ze smutkiem, to szaleństwo architektury, portyki z
marmurów białych jak chmury, złote dachówki, ulice brukowane półszlachetnymi
kamieniami, fontanny tryskające słodkim winem, te cholerne putta, chimery, skrzydlate lwy i
smoki, stiuki, pilastry, gzymsy i attyki są nam naprawdę potrzebne? Czy wille, ogrody, parki,
pałace budują potęgę i prestiż Królestwa, czy tylko odzwierciedlają rozdętą jak pęcherz
Lewiatana pychę i próżność Świetlistych? Rany, jak możemy spokojnie kroczyć po bruku z
agatów, onyksów, jaspisów i jadeitu? Przecież to chore. Chore jak cholera.
Uśmiechnął się gorzko, przypomniawszy sobie, że niegdyś uważał swój pałac za nieduży
i skromny. Pałac i skromny. Dobre sobie.
- Taki sam z ciebie skurwysyn jak cała reszta - szepnął. - Rycerz Miecza. Abaddon.
Akurat. Dworak przywiązany do zbytku i luksusów.
Weszła Plesitea ze szklanką piwa na srebrnej tacy. Frey sięgnął po naczynie, krople krwi
pociekły na puchatą biel dywanu. Daimon podążył za wystraszonym wzrokiem służącej i
spostrzegł, że cała podłoga jest przeszyta czerwonym ściegiem posoki.
- Natychmiast każę posprzątać, panie. Nie zostanie nawet plamka - zapewniła anielica.
Abaddon machnął ze zmęczeniem ręką.
- Nie trzeba. Wyrzuć ten dywan i kup inny. Jakikolwiek. Wszystko jedno. Wybierz sama.
Jak tam kąpiel?
- Gotowa, panie.
Podniósł wzrok i napotkał spojrzenie Plesitei. Tym razem było pełne jawnego
przerażenia.
sobota, 11 września 2010
Maria Lidia Kossakowska: Zbieracz Dusz tom I - fragment 1
Askalis sięgnął za pazuchę, pogrzebał chwilę, a potem wyciągnął zmiętą, brudnawą
szmatkę wielkości pudełka zapałek.
- Masz - wyciągnął ją w stronę anioła.
- A to niby co? - sarknął Frey. - Fragment całunu potartego o tyłek Zgniłego Chłopca, tak
na szczęście w hazardzie?
Lanista wyszczerzył w uśmiechu zęby.
- Taaaa, żarty się ciebie trzymają, Abaddonie, znaczy Aker, przepraszam! To dywan.
Latający, tak dla ścisłości. Nosiłem go przez lata przy sobie, na wszelki wypadek, gdyby
trzeba było szybko wiać. Skoro nie przydał się do tej pory, nie przyda się i potem. No bierz.
Przecież nie mogę cię w tym stanie puścić w drogę do Królestwa. Skrwawisz się jak zbiegłe z
jatki prosię, zanim dotrzesz do najbliższego szlaku. Albo znów złapie cię ten dziwaczny
paralusz, czy co to za cholerstwo było. Nie daj się prosić. Bierz.
Daimon uniósł ze zdumienia brwi, ale przyjął strzępek dywanu.
Askalis był lanistą, w dodatku geniuszem. Nigdy nikomu nic nie dał. Widocznie zarobił
na walkach Freya więcej, niż przyznawał. A może naprawdę polubił mrocznego skrzydlatego
z wilczą gębą i talentem do bójek?
Jasność tylko wie.
Burzyciel Światów wstał, obrócił w palcach brudny skrawek materiału.
- Dzięki, Askalis. Porządny z ciebie chłop, jak na lanistę.
Geniusz uśmiechnął się smutno.
- To co? Znaczy mam szukać sobie innego zawodnika, tak?
Wąskie usta Daimona wykrzywił gorzki grymas.
- Ano, na to wygląda, stary. Trzymaj się. Dobrze się z tobą pracowało.
- Ja też nie narzekam. Do zobaczenia, Aker.
szmatkę wielkości pudełka zapałek.
- Masz - wyciągnął ją w stronę anioła.
- A to niby co? - sarknął Frey. - Fragment całunu potartego o tyłek Zgniłego Chłopca, tak
na szczęście w hazardzie?
Lanista wyszczerzył w uśmiechu zęby.
- Taaaa, żarty się ciebie trzymają, Abaddonie, znaczy Aker, przepraszam! To dywan.
Latający, tak dla ścisłości. Nosiłem go przez lata przy sobie, na wszelki wypadek, gdyby
trzeba było szybko wiać. Skoro nie przydał się do tej pory, nie przyda się i potem. No bierz.
Przecież nie mogę cię w tym stanie puścić w drogę do Królestwa. Skrwawisz się jak zbiegłe z
jatki prosię, zanim dotrzesz do najbliższego szlaku. Albo znów złapie cię ten dziwaczny
paralusz, czy co to za cholerstwo było. Nie daj się prosić. Bierz.
Daimon uniósł ze zdumienia brwi, ale przyjął strzępek dywanu.
Askalis był lanistą, w dodatku geniuszem. Nigdy nikomu nic nie dał. Widocznie zarobił
na walkach Freya więcej, niż przyznawał. A może naprawdę polubił mrocznego skrzydlatego
z wilczą gębą i talentem do bójek?
Jasność tylko wie.
Burzyciel Światów wstał, obrócił w palcach brudny skrawek materiału.
- Dzięki, Askalis. Porządny z ciebie chłop, jak na lanistę.
Geniusz uśmiechnął się smutno.
- To co? Znaczy mam szukać sobie innego zawodnika, tak?
Wąskie usta Daimona wykrzywił gorzki grymas.
- Ano, na to wygląda, stary. Trzymaj się. Dobrze się z tobą pracowało.
- Ja też nie narzekam. Do zobaczenia, Aker.
Subskrybuj:
Posty (Atom)